sobota, 18 lutego 2017

Poszukiwania źródeł euforii

Jeżeliby zrobić o moim życiu serial bądź też napisać o nim książkę, odbiorcy doszliby pewnie do wniosku "Łał. W jej życiu jest tyle możliwości. Tyle sukcesów. Ale super". I co tu kryć, jest to prawda. Ostatnimi czasy spotkało mnie wiele dobrych rzeczy - parę osiągnięć, wyników ciężkiej długotrwałej pracy. Parę kursów ukończonych i zaplanowanych na przyszłość wcale nie tak odległą, które otwierają masę nowych możliwości. Parę odzyskanych przyjaciół, kilkoro  nowych znajomych. Ogólnie super. Lecz w świetle wszystkich tych wspaniałych wydarzeń, natknęłam się na pewną myśl, która rozwinęła się i sprowadziła na mnie wielki pędzący autobus rzeczywistości, który bez ostrzeżenia uderzył mnie - niewiele rzeczy tak naprawdę przynosi mi radość.

Jako istoty świadome, jesteśmy skazani na wieczną samotność. Wnikać w to, czy i co jest po czy nawet przed życiem nie będę, bo to stanowczo zbyt poważny temat na wpis na pseudofilozoficznym blogu. Może kiedyś. Kto wie. Chodzi mi jednak o to, że w naszych myślach nikt czytać nie może, odczuwać tego co my, być razem z nami. Cieszymy się jedynie namiastką współistnienia za pomocą komunikacji wszelakiej - czy to werbalnej czy to niewerbalnej, nie ma to znaczenia. A jednak właśnie ta namiastka zdaje się być jedynym sposobem na przyniesienie nam niektórych odczuć.

Ludzie są jednym z niewielu źródeł radości.

Od kilku dobrych miesięcy przechodzę coś, co osobiście określam jako swoistą formę młodzieńczego buntu. Innym i sobie wmawiając, że bez ludzi jest mi lepiej, sama wepchnęłam się w spiralę prób utrzymania siebie samej bez żadnego ludzkiego kontaktu. Rzuciłam się w naukę, pracę, marnowanie czasu w internecie, sen, jedzenie, powtórz. I choć wierzę, że aby być szczęśliwym z innymi, trzeba umieć znaleźć szczęście też samemu, ważnym jest też moim zdaniem nie odcinanie się całkowicie, co ja właśnie uczyniłam. Przynajmniej od strony mentalnej.

A potem nastąpił wielki dzień, gdy moja ciężka praca i dni zakuwania wreszcie przyniosły plony i... właściwie nic się nie zmieniło. Byłam oczywiście zadowolona, ale oczekiwałam jakiegoś wyższego stanu niezmiennej euforii, która wypełni mnie po brzegi. A tu nic. Jestem dalej tą samą osobą, wszystkim stresuję się dokładnie tak samo.

Potem odbyłam kursy, dwa w przeciągu tygodnia. I było świetnie, naprawdę, nauczyłam się wielu nowych i potrzebnych rzeczy, poznałam tylu nowych ludzi.. I właśnie. Znów. Nic się nie zmieniło. A dobre wspomnienia wiążę nie z nauką, a z ludźmi na jej drodze. 

Wnioski - choć nabywanie nowych umiejętności i osiąganie sukcesów jest ważne i miłe i przynosi pewien rodzaj radości, to nie wiem, czy całkowite zatracanie wszelkiego kontaktu z innymi skazanymi na wieczną samotność jet dobrym wyjściem z sytuacji. Kluczem jest odnaleźć złoty środek. Czego sobie i wam życzę.

Pozdrowienia z drugiego końca internetu,

Valancy.

1 komentarz:

  1. Ej, no nienienie. Ludzie są ważni. Nie można się od nich zupełnie odcinać. Człowiek jako zwierzę stadne potrzebuje kontaktu z innymi przedstawicielami swojego parszywego gatunku - i chyba nie ma co się temu przeciwstawiać. Jołs!
    (Tylko żeby ten kontakt był jakiś łatwiejszy... Ech, smutne życie ziemniaków :D).
    Z miłością,
    B.

    OdpowiedzUsuń